Pierwsza odpowiedź, która przychodzi do głowy to JASNE, ŻE SIĘ RÓŻNI, a potem leci lista argumentów. Tymczasem jest jeden aspekt życia codziennego, z którym stykam się w rozmaitym natężeniu, a który bez wątpienia sprawia, że to nie Węgier, a Polak i  Szwajcar – dwa bratanki.

Narzekanie.

Szwajcarzy to jeden z najbogatszych narodów świata. Nie przeszkadza to im w narzekaniu. Na rząd. Na obcokrajowców. Na ceny. Na lokalną kolej, która informuje i przeprasza za opóźnienia rzędu minut.

Ostatnio narzekanie na pewien element tutejszej rzeczywistości, z którym może utożsamiać się każdy Polak i Polka jak Wisła długa i szeroka.

Abonament telewizyjny. Niesławny Billag.

W Szwajcarii abonament telewizyjny jest tak nieunikniony jak śmierć i podatki. Nie masz telewizora bądź radia? Ale masz smartfona albo radio w samochodzie? Albo laptopa. To płacz i płać. Nieco ponad 400 Franków rocznie (około 1100 złotych). Nie ma praktycznie możliwości unikania płacenia abonamentu, kontrole dopadną najlepszych ściemniaczy, a kary rzędu 5000 CHF za ukrywanie się przed nieuchronnym mogą być dotkliwe.

Szwajcarzy niedługo podejmą w referendum kolejną próbę obalenia abonamentu. Głównym argumentem jest wolność wyboru. Nikt nie ma prawa być zmuszany do wyciągania z domowego budżetu aż tak dużej kwoty na państwowe radio i telewizję. Nie bez znaczenia pozostaje też inny argument – Billag to twór z innej epoki, nieprzystosowany do realiów internetu, streamingu i Video-On-Demand.

Toczące się w tle rozgrywki polityczne wskazują jednak na to, że zamiast likwidacji najbardziej prawdopodobna jest co najwyżej redukcja samej opłaty.

Co za jakiś czas skończy się… narzekaniem.

I kolejną próbą pokonania radiotelewizyjnego smoka za kolejnych kilka lat.

#Zapiskilistopadowe to cykl luźnych tekstów na różne tematy, taki spisany strumień świadomości autora.

 

Reklamy