Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, nasze życie jest sumą historii dziejących się wokół nas samych. Nasze otoczenie kształtuje nasz światopogląd. Także w kwestii tolerancji.

Świat – ten, który widzimy w mediach – to nie jest przyjazne miejsce. Zamachy terrorystyczne, groźba wojny z Koreą Północną, kryzysy finansowe. Ale czy świat był kiedyś miejscem znacząco bezpieczniejszym? Moja świętej pamięci babcia mogłaby się z tym delikatnie nie zgodzić, pamiętając jak z rodziną przemieszczali się przez Polskę, próbując przeżyć w realiach 2 wojny światowej.

Od doniesień medialnych można oszaleć i strach paraliżuje. Wydobywa z nas także najgorsze demony. Obelgi, bluzgi, wyzywanie się raz od lewactwa, dwa od katoprawicy – by tylko spojrzeć na nasz polski grajdołek.

Pisząc tu o tolerancji nie chcę wywoływać kolejnej dyskusji o imigracji, islamie, populizmie w Europie i poza nią. To, co zawsze interesowało mnie najbardziej to zejście do poziomu pojedynczych, ludzkich historii. Takich, o których dowiaduję się z pierwszej ręki. Wchodząc w relacje z różnymi ludźmi.

Co najważniejszego dała mi Szwajcaria i myślę, że da moim dzieciom? Tolerancję. A może tolerancja to jest złe słowo. Zrozumienie. Zrozumienie ludzi i dla ludzi, którzy niekoniecznie myślą tak jak ja.

Kiedy czytam o komentarze „brudasach, którzy mają wypierdalać z powrotem do Syrii” myślę o dwóch koleżankach mojej córki, Syryjkach, których matka wyjechała do Szwajcarii jeszcze przed rozpoczęciem wojny, ale już jej siostra musiała uciekać przed bombardowaniami, a rodzice nadal tam żyją, bo nie chcieli opuszczać swojej ojczyzny. Mam wtedy ochotę postawić takiego komentatora twarzą w twarz z matką tych dzieci i czekać czy wyda podobne opinie. W internecie każdy jest odważny, prawda?

Jeden z najlepszych przyjaciół mojej córki jest z pochodzenia Nigeryjczykiem, inna koleżanka ma korzenie w Kenii. Do tego dochodzą Szwajcarzy, Słowacy, Niemcy, Albańczycy, Włosi. Protestanci, muzułmanie, katolicy, jazydzi, agnostycy, ateiści.

Czy nasze relacje są nieskazitelne? Na pewno nie. Czy zdarzają się nieprzyjemne sytuacje? Oczywiście, że się zdarzają. Ale na poziomie czysto prozaicznego życia układa nam się naprawdę dobrze.

Wierzę, że zależy nam na podobnych wartościach: chcemy żyć spokojnie i bezpiecznie, chcemy by nasze dzieci miały lepiej od nas samych.

Rzadko zadajemy sobie pytanie o przyczyny. To zabawne jak mocno ma to potwierdzenie nawet na poziomie mojej pracy zawodowej. Zajmuję się – ogólnie rzecz biorąc – rozwiązywaniem problemów biznesowych i usprawnianiem procesów w sprzedaży i marketingu. Co mnie zawsze mocno uderza, to fakt, jak szybko ludzie proponują rozwiązania bez poznania przyczyn, a często nawet dobrego zdefiniowania samego problemu. W życiu codziennym nie jest specjalnie inaczej.

Wspominam o tym, bo nasze zrozumienie świata bywa często dość powierzchowne i płytkie. Nie wysilamy się specjalnie, żeby poznać sposób myślenia innych i tam znaleźć płaszczyznę do wspólnego porozumienia.

Jako Polacy chcielibyśmy widzieć się jako ci „dobrzy i przydatni” imigranci. Na pewno nie ci, którzy „zabierają miejsca pracy” i „się nie integrują”. Czy tacy Brytyjczycy właśnie tak nas postrzegają? No, właśnie niestety nie.

Pamiętam narzekania taksówkarza, że „Ukraińcy przyjeżdzają samochodami i powodują smog” oraz „zabierają nam miejsca pracy, pracując za głodowe stawki”. Nie przeszkadzał mu jednak fakt, że grubo ponad milion Polaków pracuje w UK. „To coś zupełnie innego”. Czyżby?

Nie twierdzę, że poznanie innych jest kluczem do rozwiązania konfliktów ogólnoświatowych. Świat jest skomplikowanym modelem matematycznym pełnym różnych zmiennych wchodzących ze sobą w relacje.

Wierzę jednak, że moje dzieci  i ich podwórkowi koledzy i koleżanki – wyposażone w otwartość na poznawanie innych i nie narzucające sobie z góry wrogości i stereotypów na temat nacji – sprawią, że ten nasz świat może odrobinkę, ale zawsze jednak, stanie się lepszym miejscem.

 

Reklamy