Szwajcaria jest krajem idealnym? A może nie do końca? Skoro tu nam tak dobrze, to czemu jest nam tak źle? O odcieniach Szwajcarii rozmawiam z Martyną Rydel – kulturoznawcą, grafikiem, antropologiem i autorką bloga o rzeczach małych, ale niebywałych – kulturowa.pl.

Lambert: Cześć i przede wszystkim dzięki za poświęcony czas! Nie mieliśmy nigdy okazji się spotkać osobiście, ale jakoś tak zawsze byliśmy w wirtualnym kontakcie, Ty także z moją żoną. Może na początek usystematyzuje informację na Twój temat i poproszę Cię o krótkie wprowadzenie. Czyli Martyna Rydel – kulturoznawczyni – jak trafiła ona do Szwajcarii?

Martyna: Cześć! Tak jest, z zawodu jestem kulturoznawcą i redaktorem – i właśnie w takim celu, trzy dni po obronie magisterki przyjechałam do Szwajcarii. Praca, której zakres ustalany był trzy wypady przed przyjazdem z większymi walizkami, ostatecznie okazała się sporym wałkiem, niestety z winy polskiego pracodawcy. I tu zaczęły się schody.

Tak jak unikam stereotypowego podejścia do rzeczywistości, tak sama zaczęłam unikać Polaków za granicą. Przetrwanie w Zurychu bez ambitniejszej pracy jest praktycznie niemożliwe, więc pierwsze miesiące były najgorszym okresem mojego życia. Wtedy też pojawiły się pierwsze siwe włosy (!), ale i… pierwsze niezwykłe przyjaźnie, dzięki którym odżyłam na nowo.

Potem było już tylko lepiej – nieco intensywniej zaczęłam uczyć się niemieckiego, znalazłam pracę w języku angielskim, ale tęskniłam za polskim morzem i wrednymi gdyńskimi mewami. Plan odwrotu był więc nieunikniony.

Lambert: Przyjeżdzając do Szwajcarii zderzyłaś swoje wyobrażenie o Szwajcarii z rzeczywistością. Jaki był ten pierwszy kontakt? Czy było coś co wyjątkowo Cię zaskoczyło?

Martyna: Pisałam kiedyś tekst o szwajcarskiej idylli, o wrażeniach przed i po zderzeniu. Myślę, że największym problemem była moja osobowość, która genetycznie skazana jest na wolne, luźne podejście do życia. W mieście białych koszul tak się nie da. Albo ta słowiańskość spotyka się z wykluczeniem albo natychmiastowym wyznaniem miłości, co nie do końca wpisywało się w mój szwajcarski plan.

Lambert: Myślisz więc, że Szwajcarzy – przynajmniej ci zuryscy – nie potrafią dać na luz? Moje wrażenie było zgoła inne, ci ludzie piknikujący beztrosko w parkach, nad jeziorem, mieszanka kulturowa, zwłaszcza w okolicach Langstrasse. Choć z drugiej strony ci obserwowani ludzie, to może nie byli Szwajcarzy (śmiech)

Martyna:  Myślę, że nie potrafią. Wszyscy „piknikujący” to głównie emigranci albo Szwajcarzy, którzy wymiękli i otworzyli się na dzikich przybyszy z daleka (śmiech). Co ciekawe, zawsze byłam i będę przeciwniczką stereotypowego spojrzenia na świat, jednak moje własne, codzienne przypadki były sporym zderzeniem z rzeczywistością.

Lambert: A może to Szwajcaria z perspektywy Zurichu jest nieco zafałszowanym obrazem tego kraju? Ja raz po raz zderzałem się z zaskakująco przyjazną, otwartą postawą Szwajcarów. Może brakuje im nieco tego „polskiego luzu”, ale to mnie akurat nigdy nie przeszkadzało, ponieważ sam jestem dość asocjalnym, zamkniętym w sobie typem, który zawsze wraca z imprezy, żeby spać we własnym łóżku.

Pamiętam, że kiedyś nie miałem przy sobie gotówki, gdy pojechaliśmy na narty do Sattel. Zamówiłem burgera w górskiej chacie – barze, nie mogłem zapłacić kartą. Dla kelnerki to nie był wielki problem – po konsultacji z właścicielką dały mi Einzahlungsschein – formularz do przelewu – z danymi i poprosiły o przelew jak wrócę do domu.

Co najbardziej mnie ciekawi to skoro Szwajcaria jest taka zła, to czemu wielu ludziom żyje się tu tak dobrze? I może pomińmy sztampowe fakty typu wyższe zarobki, piękna przyroda. Jak myślisz, co sprawia, że ludziom żyje się tu dobrze? Jakie pozytywnego aspekty Twojego pobytu w Szwajcarii byś podkreśliła?

Martyna: To na pewno! Miałam na myśli głównie Zurych. Część włosko i francuskojęzyczna to zupełnie inny klimat. Przed przeprowadzką do Szwajcarii bywałam tam wiele razy, stąd pomysł aby spróbować zostać na dłużej. No i widzisz, ze mną jest trochę inaczej, jestem typowym socjalnym zwierzem, które bez życia poza domem średnio daje sobie radę. Potrzebuję też kultury – koncertów, teatrów i kina, a tu już bez zaawansowanego niemieckiego ani rusz. Kino alternatywne to głównie filmy nieanglojęzyczne, więc w grę wchodziły tylko niemieckie napisy. A Gdynia, moja Gdynia, to z kolei taka polska filmowa stolica, więc bardzo, ale to bardzo mi tego brakowało.

Super sprawa z tym burgerem! I absolutnie nie mówię, że Szwajcaria jest krajem złym – po prostu nie jest krajem dla mnie. Plusem oprócz kasy i przyrody (która akurat też nie jest do końca moim klimatem) na pewno jest wszechobecna organizacja, punktualność, czystość i bezpieczeństwo. Mocno jednak wierzę w rosnący wskaźnik zaufania społecznego, który z radością zauważam także w trójmieście.

Lambert: No i popełniłem przedszkolny niemal błąd nie rozróżniając o jakiej Szwajcarii de facto mówimy. Francusko- jak i włosko języczna to inny świat, mentalność, czy stopień wyluzowania. Pamiętam imprezy świąteczne u mnie w firmie – koledzy z francuskojęzycznej części Szwajcarii dawali tak na luz, że niejeden Polak mógłby być zaskoczony.

Wspomniałaś organizację, punktualność, czystość i bezpieczeństwo. Zgadzam się i dla mnie to też ważny aspekt życia tutaj. A co o życiu tutaj opowiadali Twoi znajomi czy przyjaciele? Wiem, że nawiązałaś sporo międzynarodowych znajomości. Czy oni postrzegali Szwajcarię podobnie jak Ty czy może co innego ich mierziło, a czym innym się zachwycali?

Martyna: No i właśnie o to chodzi – jeżeli kiedykolwiek miałabym wrócić do Szwajcarii, to byłaby to z pewnoscią jej francuska część – ze względu na język, ludzi, znajomych i klimat, który odpowiada mi najbardziej.

Wspominani znajomi czy rodzina od zawsze mieszkali w okolicach Genewy, więc to była zupełnie inna bajka. Natomiast moi zuryscy przyjaciele mają podobne spostrzeżenia do moich i też ratują ich tylko znajomi. Jest to o tyle ciekawe, że są to Kurdowie, Niemcy i cztery świetne Polki – mieszanka więc całkiem wybuchowa 🙂

Lambert: Czy nie wydaje Ci się, że mamy trochę wygórowane oczekiwania względem Szwajcarów? Wyobraź sobie, przyjeżdzasz jako obcokrajowiec do Polski, do jakiegoś miasta spoza czołówki największych miast, dajmy na to takie Krosno (przepraszam Krośnianie, lubię Wasze miasto). Czy Polacy zachowaliby się inaczej – w sensie szukali z Tobą trwałej przyjaźni, byli zawsze otwarci i do rany przyłóż? Może działa to dość prosto – większość Szwajcarów ma rodziny, przyjaciół od dawna i zwyczajnie nie mają czasu na nowych ludzi w swoim życiu, przynajmniej nie w takiej dawce, w jakiej część z nas by oczekiwała?

Martyna: Myślę, że po prostu oczekujemy większej otwartości, którą od razu widać w krajach sąsiednich, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Choćby taka Francja czy Włochy, o Bałkanach nawet nie wspominam, bo to jasne 🙂 tutaj chodzi o jakiś dystans kulturowy, którego przyczyny zaczęłam szukać już od samego początku – i myślę, że może mieć na to wpływ wieloletnie, zupełnie naturalne zamknięcie granic wynikające przecież z rzeźby terenu. Kojarzysz ten górzysty przejazd do Włoch, prawda? Teraz zajmuje nam chwilę, kiedyś były to większe wyprawy, które były trudne i zajmowały sporo czasu. W taki sposób to sobie tłumaczę i staram się zrozumieć.

Lambert: Pójdę trochę pod prąd Twojej wypowiedzi – czy zamiast oczekiwać większej otwartości nie powinnismy okazać więcej zrozumienia dla innej mentalności Szwajcarów? Ich działania zdają się tez przeczyć tezie o ich zamkniętości – ta masa różnorakich imprez, w miasteczkach, jak Maienzug w Aarau, lokalne wydarzenia, stowarzyszenia. Szwajcarzy działają bardzo kolektywnie i aktywnie. Może droga do nich prowadzi właśnie tędy – przez te same aktywności, które im towarzyszą na co dzień?

Martyna: No jasne, to też prawda, ale to też totalnie nie mój klimat. Pamiętam „dożynki” szwajcarskie, na których byłam w zeszłym roku. Muzyka, śpiew, piękne miejsce, dobre jedzenie. Były takie kawałki do tańczenia, że nie mogłam uwierzyć, że nikt nawet nikt nie tupnął nóżką! Ba, mało kto się nawet uśmiechnął, a żarcików artystów było sporo.

Sporo słyszałam też o twórcach, którzy średnio bawią się na własnych koncertach mając przed sobą tak specyficzną publiczność. Mi również nie przypadło to do gustu, ale skoro nie jestem w stanie czegoś zrozumieć i się do czegoś przystosować, to wyjeżdżam i już – szanuję to i uważam, że każdy ma prawo bawić się jak chce 🙂

Lambert: Jasne, to jest oczywiste. To, że komuś to może nie pasować nie podlega dyskusji. Ty postąpiłaś odważnie i konkretnie. Sporo ludzi – mimo wątpliwości czy może idąc dalej – negatywnego nastawienia – jednak zostaje, a to ze względów osobistych, a to finansowych. Jak więc Szwajcaria może dać się polubić? Czy wyłuskałaś coś innego, pozytywnego, czego nie spotkałaś gdzie indziej, a co idealnie współgrało z „pieśnią Twojej duszy”? I myślisz, że możesz tu wrócić?

Martyna: Dzięki, to miłe, że tak uważasz! I tak, wiele osób wszelkie powroty do kraju stawia na równi ze słabością i nieudacznictwem. I potem większość zostaje, bo im wstyd, zupełnie zresztą niepotrzebnie.

Bardzo podoba mi się architektura. Mówię tu o miastach i budynkach sprzed wieków. No i oczywiście wielokulturowość. Nie wiem czy w trójmieście poznałabym moich cudownych przyjaciół, którzy jak już wiesz pochodzą z Kurdystanu. Bardzo wzruszała mnie też zupełnie niedoceniana uliczna bałkańska muzyka. Cygańskie smaczki to moja słabość, a taka, w której słychać całą wschodnią moc za każdym razem rozczula mnie najbardziej. Będę to pamiętać do końca życia 🙂

Co do szwajcarskiego powrotu – na razie nie planuję, bo jest mi cudownie w rodzinnym trójmieście. Mam tu wszystko czego mi trzeba – od nadmorskiego wiatru za którym tak tęskniłam, po kosmiczną pracę marzeń. Spełniam się w 100%!

 

Lambert: Myślę, że powrót do kraju wymaga czasem więcej odwagi niż sam wyjazd. Mam wrażenie, że tak przesiąknąłem Szwajcarią, że ciężko byłoby mi się odnaleźć na powrót w Polsce. I to są te rzeczy, które wymieniłaś – bezpieczeństwo, punktulalność, czystość. I przede wszystkim – organizacja. Tu wszystko jest tak bardzo na swoim miejscu, że jestem czasem pod sporym wrażeniem przejrzystości działania tego społeczeństwa. Wiem, że jak mam coś załatwić, to nie będę miał wiekszych problemów i szybko się w tym odnajdę. I może to kwestia szczęścia, ale z drobnymi wyjątkami, wszystkie sprawy formalne przez jakie przechodziłem – od pozwolenia na pobyt, przez wynajęcie mieszkania, potem kolejnego, potem domu, zakładanie firmy (to Agnieszka) – były naprawdę bezproblemowe.  

Ktoś powie, że widzę Szwajcarię przez różowe okulary, ale to nie do końca tak jest. Dostrzegam wady, spotykam się czasem z nieprzyjemnymi sytuacjami, ale staram się, by nie przesłoniły mi ewidentych plusów życia tutaj. To oczywiście moja perspektywa i nie każdy musi się z nią zgadzać.

Jeszcze na koniec chciałem Cię zapytać o jedno: jedna rzecz mała, niebywała w Szwajcarii? co to było dla Ciebie?

Martyna: Ha, piękne zakończenie! Projekt rzeczy małych, niebywałych zrodził sie w mojej głowie właśnie w Szwajcarii – to właśnie tam, już odliczając dni do powrotu, postanowiłam wykorzystać ten czas jak najbardziej się da. To właśnie dlatego zaczęłam skupiać się na rzeczach maleńkich, które sprawiały mi radość i robiły mi dzień. Było ich całe mnóstwo! Od porannego słońca na ścianie, po kojącą ciszę podczas spotkania z najlepszą przyjaciółką. I to właśnie takie rzeczy sprawiają mi najwięcej radości. Nawet kiedy o nich mówię, robi mi się niezwykle ciepło. I wydaje mi się, że to właśnie o to może w tym wszystkim chodzić! 🙂

 

Lambert: Bardzo dziękuję za rozmowę!

——————————————————————————————————————————–

Autorem zdjęcia jest Martyna Rydel

 

Reklamy