Napięcie zaczyna rosnąć w okolicach Drezna, gdy do granicy z Polską pozostaje około 100 kilometrów. Patrzę niecierpliwie na Agnieszkę zagryzając wargę i zastanawiając się czy to jest już ten właściwy moment na zadanie pytania, które słyszała ode mnie już tyle razy w drodze do Polski.

Przełykam ślinę i nieco drżącym głosem i decyduję się zapytać.

– No, to co tym razem będziemy jeść?

Agnieszka patrzy na mnie rozbawiona. Wiedziała, że zapytam, nie wiedziała, że z pytaniem zwlekałem praktycznie od przekroczenia granicy szwajcarsko-niemieckiej.

To nasz mały rytuał.

Tuż za granicą zjeżdzamy na Zgorzelec i zatrzymujemy się w położonym na obrzeżach miasta pensjonacie – Zagroda Kołodzieja.

Jeździmy tu od lat, praktycznie każdy nasz pobyt w Polsce oznacza zatrzymanie się w tym miejscu, czy to na nocleg, jeśli dzieci są już za bardzo zmęczone drogą, czy to na obiad.

Wchodzimy do środka, siadamy przy stole. Kelnerka podaje nam menu.

Studiujemy przez chwilę kartę i dokonujemy zamówienia: filet z kurczaka w kukurydzianym chruście, marchewka, dla Agnieszki ziemniaki z wody zamiast pieczonych talarków, dla mnie talarki. Dzieci – rosół i to samo, tylko porcja dzielona na pół.

Zjadamy i ruszamy w dalszą drogę. Pierwszy mały rytuał wypełniony.

To zabawne, ale do pewnych rzeczy w czasie wizyt w Polsce zacząłem podchodzić jak do alternatywnego planu dnia, gdy wyrwany ze swojej szwajcarskiej rutyny, tworzę sobie jakby nową. Listę punktów do odhaczenia. Rzeczy, które muszę zrobić. Nerwica natręctw?

Przyjeżdzając do Polski szybko szukam kiosku i kupuję PSX Extreme i CD Action. Odwiedzam budkę na mini bazarze nieopodal mieszkania babci mojej żony, gdzie się zazwyczaj zatrzymujemy. Kupuję tam kaszankę. Tylko ją. Jeszcze w Szwajcarii robię sobie listę książek, które chciałbym kupić. Oczywiście, ja mógłbym je zamówić z wysyłką do Szwajcarii, ale jeśli nie wstąpię w Polsce do choćby jednej księgarni to jestem chory. Staram się umówić ze znajomymi w jednej z katowickich knajp i planuję to tak, by jednocześnie zjeść coś dobrego (i niekoniecznie polskiego, etap jedzenia w Polsce tylko polskiej kuchni dawno za mną). Ostatnim razem byliśmy w Novo w Katowicach, gdzie trafiły mi się świetne arrancini i gulasz z grasicy. Zawsze szukamy też z Agnieszką możliwości ucieczki gdzieś samemu, choćby na jedną noc. Dzieci zostają z dziadkami, a my udajemy się w naszą mini podróż, gdzie kompletnie oderwani od swojej rzeczywistości, przenosimy się do jakby alternatywnego świata, gdzie jak dwoje romantycznych kochanków nie przejmujemy się czasem, presją, planami i robimy wszystko w gruncie rzeczy dość spontanicznie. Z wyjątkiem ostatniego razu, kiedy z okazji piątej rocznicy ślubu zabrałem Agnieszkę w tajemnicy na rafting po Dunajcu w deszczu i 15 stopniach. Ale podobało jej się i tak.

Patrząc na każdy z wyjazdów do Polski widzę więc pewien schemat. Wy też tak macie? Rzeczy, które musicie zrobić? Miejsca, które musicie odwiedzić? Ludzie, których musicie spotkać?

Wracając do Szwajcarii jeszcze do granicy polsko-niemieckiej żyjemy pobytem, komentujemy, wspominamy. Potem im bliżej Szwajcarii, tym szybciej przechodzimy w nasz standardowy, szwajcarski tryb i wracamy do naszej codzienności.

Naszym ostatnim przystankiem w drodze powrotnej jest z reguły nocleg w Zagrodzie Kołodzieja.

Meldujemy się na recepcji, zostawiamy rzeczy w pokoju i schodzimy do restauracji.

Siadamy przy stole, kelnerka przynosi nam menu. Patrzymy na siebie, pytając się wzajemnie wzrokiem, czy może tym razem zrobimy jakiś kulinarny eksperyment.

Po chwili składamy zamówienie.

Filet z kurczaka w kukurydzianym chruście. Marchewka. Dla Agnieszki ziemniaki z wody. Zamiast pieczonych talarków.


zdjęcie pochodzi ze strony Zagrody Kołodzieja http://www.zagrodakolodzieja.pl/

 

Reklamy