Nieco zazdrosny o sukcesy Joanny Lampki, pisarki i blogerki znanej ze Szwajcarskiego Bla Bli Blu, rzuciłem się na wody prozatorskie i dołożyłem swój kamyczek pseudo prozy do oceanu tekstów literackich.

Nie traktujcie tego śmiertelnie poważnie, to raczej zabawa i mały odskok od normalnych tekstów na blogu.

Polak w Szwajcarii – (Tytuł Roboczy)

Wyjeżdżam do Szwajcarii – powiedział brodząc do połowy ud w bajorze, dumnie nazywanym stawem, gdzieś na południowych obrzeżach Polski B, a może nawet C. Woda odpowiedziała tylko echem i nieco przytlumionym rechotem żab.

Paręnaście godzin później stał z torbą podróżną na dworcu Hardbruecke i patrzył półprzytomnym wzrokiem na zarośniętego, napakowanego faceta wrzucającego skrupulatnie monety do niebieskiego parkometru. Jego była nazywałaby go drwaloseksualnym, dla niego był to jednak mocny sygnał zbliżającego się upadku zachodniej cywilizacji. Tej samej, która jednak miała mu zagwarantować przyszłość mlekiem i miodem płynącą, więc po cichu liczył na to, że upadek nastąpi dopiero nieco po jego własnej śmierci.

Czytał dużo o Szwajcarii. Wiedział kto jest jej prezydentem i nawet poznał historię pewnego milionera z baru Krokodyl we francuskiej części Szwajcarii.

Na niego jednak nie czekał żaden milioner. Jego jedyną opcją byłby jakiś spasiony oligarcha wysyłający na jemu na przywitanie swoich goryli, by ci połamali mu nogi i palce u rąk, za długi, które zostawił za sobą w Polsce.

Pierdolę to – mruknął pod nosem i spojrzał na wschodzące nad Prime Tower słońce. Prime Tower – symbol niekończącej się prosperity Szwajcarii, położonej – co zabawne – nieopodal dekadenckiej, nafaszerowanej prosytytkami, alfonsami, dragami i alkoholem Langstrasse – mrocznego alter ego Bahhofstrasse – tej ponoć najdroższej ulicy w Szwajcarii. Langstrasse – położona może kilometr od Bahhofstrasse, po przeciwległej stronie dworca głównego w Zurichu – zdawała się przypominać o pierwotych, nieskrępowanych narzuconymi z góry normami prawnymi i społecznymi, tęsknotach człowieka.

Wszedł do małego kiosku na remontowanym dworcu w Hardbruecke i wziął do ręki rogalik. Gipfeli – taką etykietką był oznaczony zwykły rogalik, w Polsce zwany także kurosantem. – Kvitig wele? – zapytała dziewczyna za kasą. Kiwnął głową na nie, nigdy nie ryzykował odpowiedzi na tak, gdy nie rozumiał, co się do niego mówi. A mimo kilku lat spędzonych na nauce niemieckiego, szwajcarskie dialekty nadal pozostawały dla niego mroczną tajemnicą, którą miał dopiero odkrywać w kolejnych latach, zrywając z niej, jak z cebuli, warstwy, jedna po drugiej.

Tymczasem stał na dworcu Hardbruecke, przeżuwając gipfeli i zastanawiając się nad kolejnym krokiem.

Pierwszy – najważniejszy – już zrobił. Był w Szwajcarii.


Zdjęcie pobrano z http://primetower.ch/en/facts-figures/architektur

Reklamy