Jesteście w Szwajcarii. Znaleźliście przyzwoitą pracę, życie się układa. Mało powodów do narzekań, prawda? Ale zawsze coś się znajdzie, a my – Polacy – kochamy narzekać.

Pamiętam, kiedyś w Egipcie pewien facet narzekał na brak zieleni na pięknej, piaszczystej wyspie. Inna pani tęskniła za kotletami i nie mogła znieść „egipskiego” jedzenia, mimo, że tego Egiptu w menu niewiele było w sumie.

Nie o taki typ narzekania mi chodzi.

Szwajcaria – przy całym swoim uroku i niepodważalnej jakości życia – ma swoje za uszami i niektóre aspekty życia tutaj potrafią leciutko denerwować. To takie małe bzyczące muchy, niekoniecznie będące powodem do zmiany mieszkania, ale wystarczająco natrętne, by mieć ich czasem dość.

Właśnie w te irytujące części szwajcarskiej codzienności, chciałbym się zagłębić.

Nie po to by narzekać, ale po to, by – powiedzmy doniośle – wyrzucić z serca, co nas boli, bo nas czasem boli, prawda?

Oczywiście, naturalnym mogą być głosy – nie podoba Ci się, to wyjeżdżaj, ale są one tak samo skrajne, jak permanentne ponuractwo. Życie to feeria różnych barw, warto dostrzegać je wszystkie.

Zrzędzący Polak to nie ma być cykl o wiecznym narzekaniu, a opowieść o nas samych, żyjących w często bardzo różnych warunkach i z różnorakich powodów, poza granicami naszego ojczystego kraju. I posiadających takie same troski jak wszyscy, bez względu na naszą aktualną lokalizację.

Historie, które chcą opisać będą i zwyczajne i nieco przerysowane. Niektóre poważniejsze, niektóre mniej, tu zachęcam do sięgnięcia do własnych zasobów autodystansu.

Bo dystans do samego siebie to prawdopodobnie jedna z najpotężniejszych broni we wszechświecie.


Na co możemy ponarzekać dziś?

Zacznę od nas samych. Polonii szwajcarskiej. I tym razem nie będę narzekał na to, co się dzieje na polskich grupach społecznościowych. Każdy wie, co się dzieje.

Tu chodzi o coś innego. Pewną rodzaju niezdrową oszczędność.

Chcemy tanio. Chcemy dużo. Ok, tu nie różnimy się od innych nacji. Moja znajoma Włoszka prowadzi firmę produkującą designerskie torty i kwestia ceny to niemalże zawsze powód większej dyskusji z potencjalnym klientem z domyślnym „bo we Włoszech jest taniej”.

Rozumiem, że chcemy tanio. Nikt nie chce przepłacać. Jednak żyjemy w Szwajcarii i zarabiamy szwajcarskie pensje (w większości, abstrahując od jawnych przypadków wykorzystywania pracowników). Trafia mnie sporadycznie szlag, gdy próbuje coś sprzedać (i nie żądam wygórowanej ceny), a ktoś piszę, że weźmie, ale da tyle i tyle, bo w Polsce za tyle właśnie to dostanie.

Panie, ja wezmę te opony za 50 Franków z wysyłką do Polski – autentyczne zapytanie, które kiedyś dostałem. Innym razem sprzedawałem konsolę za 100 CHF. Gość chciał dać 50 CHF, bo w Polsce za tyle chodzi. Tymczasem nawet w Polsce cena takiej używanej konsoli to około 400 zł.

Nie działa to – rzecz jasna – w drugą stronę, bo osoba, która potencjalnie chce od kogoś coś kupić po polskiej cenie, nie byłaby już tak zadowolona, gdyby za pracę tutaj proponowano jej polską stawkę.

To dość delikatny temat, bo naprawdę – jak już pisałem – nikt nie chce przepłacać. Ale między przepłacaniem, a ubijaniem ceny do poziomów polskich jest spora przestrzeń do sensownej negocjacji lub po prostu akceptacji faktu, że w Szwajcarii bułka kosztuje 80 Rappenów, a nie 80 groszy.

I wiem, że wiele z nas to akceptuje.

Te pojedyncze „czarne owce” sprawiają jednak, że mam ochotę powiedzieć – ok, stary, to kup sobie co chcesz w Polsce (nie zapominając o cenach dojazdu lub transportu, ewentualnego cła i czasu, który na to stracisz, bo mimo, że tego nie widzisz od razu, to jednak to także koszt).

Zamiast tego ponarzekam sobie trochę w myślach.

I pojadę zrobić zakupy do Niemiec albo Francji.

Z lekkim poczuciem wstydu. Bo w jakimś stopniu opisałem właśnie także samego siebie.

Reklamy