Świat rodzica to świat tak nieidealny jak tylko się da i każde starania może i nie idą na marne, ale często nie okazują się tak skuteczne, jak sami byśmy tego chcieli.

O tym wiemy my sami i nasi najbliżsi.

Presja na bycie dobrym rodzicem i unikanie porażek – jakkolwiek, mam wrażenie, dużo mniejsza niż kiedyś – nadal istnieje i na 10 blogów o rodzicach, którzy przyznają się do tego, że jednak nie zawsze ogarniają rodzicielstwo, przypada 100 blogów, gdzie dzieci zawsze są fajne, a jak już coś zrobiły, to było to coś tak sympatycznego, że nie wypada się nie zaśmiać z rodzicem.

Takie podejście jest jednak nudne i jednowymiarowe.

Nudne, bo opisywanie idealnego dnia z życia własnych dzieci i łudzenie się, że kogoś to interesuje, to naprawdę wyższy poziom nieskutecznej autosugestii.

Jednowymiarowe, bo nie ukrywajmy – nasze dzieci, jakkolwiek kochane, niekiedy potrafią dać w kość i zaskoczyć nas tak, że mamy ochotę cofnąć się w czasie i tym razem naprawdę założyć prezerwatywę.

Ja kocham moje dzieci. Nawet w tych momentach, kiedy mam ochotę ciąć sobie żyły klockami LEGO.

Pisałem już o tym, czego nie ogarniam jako tata (tu)  i o byciu kiepskim ojcem (tu).

Życie jednak potrafi zaskakiwać i wiem, że życie rodzica tym bardziej.

Karma is a bitch – karma jest na plaży – to nieprzetłumaczalne angielskie powiedzonko, znaczy mniej więcej tyle, co polskie – jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

Pamiętacie te momenty, kiedy ktoś zajechał wam drogę, a wy zareagowaliście z leciutką agresją słowem na K?

Ostatnio posłuchałem Zuzannę, która namawiała Filipa – „Filip, powiedz k…wa”.

Tu sam byłem sobie zapewne winien.

Albo ten moment, kiedy moja córka zniknęła gdzieś na osiedlu – miała się bawić na placu zabaw przed domem, ale pstryk – i dziecka nie ma.

Okazało się, że poszła do koleżanki, parę bloków dalej. Jej koleżanki – to na moje usprawiedliwienie – robią to nagminnie.

Czy jestem złym tatą? Czy może powinienem jej bardziej pilnować?

Próbuję przypomnieć sobie jak było, gdy to ja byłem w jej wieku. No i cóż – bawiłem się z kolegami przed blokiem, a rodzice mieli do mnie kredyt zaufania.

Z Zuzią też ustaliliśmy zasady, nieprzestrzeganie ich, albo ich zapominanie nie wiąże się od razu z karą, staramy się tłumaczyć, dlaczego musi nam dawać znać, gdzie się bawi, dlaczego jeśli ustalimy, że przed domem, na placu zabaw to tylko tam.

Albo kiedy Filip robi histerię, bo chciałby pograć ze mną na konsoli, a ja nie uważam, że to dobry moment. Wina pewnie znowu po mojej stronie, po co w ogóle dawałem mu pograć ze mną wcześniej?

Mógłbym tak wyliczać i wyliczać, ale każda kolejna sytuacja przybliża mnie tylko do smutnej konstatacji, że przyczyna tak naprawdę tkwi we mnie, a nie w moich dzieciach.

Bo kto inny, jak nie my jesteśmy zwierciadłem zachowań, w których przeglądają się i które kopiują nasze dzieciaki.

Żeby jednak nie kończyć takim sentymentalnym akcentem, możemy uciec się do jeszcze jednego rozwiązania.

Zwalić winę na dziadków…

Reklamy