Dziś zjadłem ugotwanego ziemniaka w skórce.

Posypałem go grubą solą, to wystarczyło by był idealny w smaku. I zabawne, bo ten ziemniak na chwilę przeniosł mnie do czasów mojego dzieciństwa.

Pamiętam jak z moim dziadkiem piekliśmy ziemniaki w ognisku. Robiły się czarne od popiołu, skórka spiekała się mocno i przeistaczała w kruchy, ale mimo to solidny pancerz. Otwierałem go delikatnie, starając się nie poparzyć rąk. Ze środka wydobywałem miękkie, pachnące intensywnie, ziemniakowe wnętrzności. Sypałem solą i jadłem.

Pełnia szczęścia. Mówię to bez słowa ironii.

Takich małych radości było w moim dziecięcym życiu pełno.

Teraz patrzę na moje dzieci i trochę się martwię.

Świat bardzo się zmienił, poszedł do przodu. Przynajmniej w naszej jego części. Nasze dzieci mają dużo więcej niż my. W tej obfitości niemal nieograniczonego wyboru łatwiej mogą stracić to, co mi w moich dziecięcych latach przychodziło z dość dużą łatwością.

Cieszeniem się prostymi rzeczami.

Trochę się tego obawiam, mimo, że jako rodzic mam obowiązek odkrywać z nimi świat i pokazywać im co w nim dobre. Uczyć pewnej pokory, skromności. Nie zachęcać do nieograniczonej konsumpcji wszystkiego.

Łatwe to nie będzie.

Ale i one z pewnością znajdą albo może i znalazły już coś, co sprawi im taką radość, jak mnie mój głupi ziemniak.

————————————————————————–

O małych radościach poczytacie także u Martyny z blogu http://www.kulturowa.pl. To jedna ze polskich blogerek ze Szwajcarii, którą warto poznać.

 

Reklamy