Zabierałem się do tego tekstu kilkanaście razy, za każdym razem wyrzucając jego kolejne wersje do kosza. Trudno pisać o czymś, o czym napisano już miliony artykułów, a każdy z nich niesie kolejne setki tysięcy porad, jak odnosić sukces, jak radzić sobie z porażką, jak być zwycięzcą. Jestem ojcem dwójki dzieci i czuję się odpowiedzialny za, to kim się staną w przyszłości. A przynajmniej za te podstawy, na których zbudują swoją osobowość.

Spisałem więc parę myśli na temat porażek jako takich. Jeśli znajdziecie wśród nich nieco truizmów, to nie będę specjalnie zaskoczony. Ale może też natkniecie się na coś świeżego.

 1. Kim Jesteś? Jestem zwycięzcą!

Kiedy czegoś gorąco pragniemy, to cały wszechświat sprzyja potajemnie, by udało nam się to osiągnąć – pisał Paulo Coehlo w „Alchemiku”. W tej romantycznej wizji kryje się, wbrew jej kiczowatości, sporo prawdy. Prawda leży jednak nie do końca tam, gdzie zdawało by się, znajduje się na pierwszy rzut oka. Kluczem jest słowo – „potajemnie”. Książki, książkami, ale w rzeczywistości bywa tak, że wszechświat sprzyja nam, aż tak bardzo potajemnie, że nie za bardzo to widać. W moim życiu miałem jednak wielokrotnie poczucie, że miałem fuksa i coś mi się udało, bo okoliczności były sprzyjające, a ja też miałem głowę na karku. Oczywiście to woda na młyn dla tych, którzy powtarzają „w czepku urodzony”, „ten, to ma szczęście”, „kto bogatemu, zabroni”.

Tyle, że wtedy pojawia się ta druga myśl o tych bezdyskusyjnie gównianych momentach mojego życia, kiedy mój tata z mozołem szukał pracy, a ja zapieprzałem w śniegu z ulotkami i listami by dorobić na studia i pojawia się konkluzja, że szczęście działa tylko wtedy, kiedy sami mu pomożemy.

 2. Czas leczy rany

Inne popularne porzekadło – o czasie leczącym rany – nigdy nie było tak bliskie prawdy, jak w przypadku radzenia sobie z porażką, jednocześnie będąc tak bardzo niepraktyczne w zastosowaniu. W kontekście moich własnych porażek – prawie zawsze dostrzegałem ich sens i logikę z perspektywy czasu, nigdy zaś bezpośrednio po przykrych dla mnie sytuacjach.

Dziś widzę całkiem jasny sens w tym, że w pewnym momencie mojego życia nie dostałem pracy, o jaką zabiegałem. Moje życie potoczyło się nieco inaczej i nie mogłbym być bardziej zadowolony z przebiegu mojej kariery zawodowej niż jestem teraz. Na tamten moment zamknąłem się jednak w sobie na parę dni, straciłem chęć i motywację do wszystkiego i miałem ochotę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady. Tyle, że boję się żmij, a w Bieszczadach ich ponoć pełno. W końcu mi przeszło i poszedłem dalej. Ale to rzadko albo prawie nigdy nie działa tak od razu.

 3. Przejmuj się tym, co jest w twoim zasięgu

Jestem ostatnią osobą, która powinna dawać rady odnośnie przejmowania się, bo ja się ZAWSZE i W NADMIARZE przejmuję wszystkim. Jestem za to świetny w dawaniu rad innym, w tym mojej kochanej Agnieszce i moim przyjaciołom. Myślę, że gdybym przy tym nie był tak bardzo irytujący, mógłbym odnieść sukces na miarę Tony Robbinsa.

Przejmowanie się wynika pewnie w dużej mierze z kompleksów. I nie ukrywam, zawsze z wieloma kompleksami walczyłem. A to, że jestem średniego wzrostu (w dowodzie, bo w rzeczywistości jestem raczej niski), a to, że jestem raczej nieśmiały i bywa, że brakuje mi pewności siebie i peszę się w różnych sytuacjach, jak wtedy kiedy mam o coś zapytać w sklepie i ZAWSZE próbuję uniknąć takich sytuacji, mimo, że same w sobie są nieszkodliwe. Agnieszka w takich momentach mnie nie znosi. I ja ją doskonale rozumiem.

Wymądrzam się więc, nie potrafiąc zastosować moich mądrości do samego siebie. I pewnie będę się dalej wymądrzał. I porównywał do innych, bo to też moja bolączka. Czasami zżerają mnie moje własne ambicje i wpadam w szalony pęd. Wtedy jednak z reguły przychodzi opamiętanie i wracam do robienia tego, co robić powinienem. Konsekwentnego, cierpliwego i spokojnego dłubania nad swoimi rzeczami. Krok po kroku.

4. Nie delektuj się za długo porażką

Fajnie jest być czasem w skórze ofiary. Każdy się pociesza, lituje. Ewentualnie olewa, co daje podstawy do jeszcze większego użalania się na sobą. Wiem, bo sam się nad sobą użalam i w większości są to pierdoły, natomiast w przypadku większości konkretnych problemów – tu włącza mi się bezpiecznik i nie pozwalam sobie na rozklejanie się – tego użalania się nie ma.

W sumie takie użalanie się nad sobą jest całkiem przydatne, bo zdejmuje z nas presję, choćby na jakiś czas i daję szansę uwolnić złe emocje. Czasami lubię sobie siąść, puścić smutną muzykę i ponarzekać,  jak to moje życie jest trudne i skomplikowane. Fajniejsze jest jednak, gdy ktoś nam powie, że dość, starczy, da nam plaskacza w pysk, żeby wziąć się w garść. Dla mnie taką osobą jest moja Agnieszka i trójka moich bliskich przyjaciół, którzy zawsze są przy mnie, nawet jak marudzę jak najęty. Moim dzieciom życzę tego samego.

 5. Ewolucja, nie rewolucja

Michał Sadowski – CEO Brand24 – jednego z najbardziej skutecznych i odnoszących sukcesy polskich start-up’ów – zwykł mawiać, że budowa własnego, udanego biznesu to maraton, a nie sprint. Przekładając te słowa na nasze codzienne działania, większą szansę na sukces i jednocześnie mniejszą na frustrację mamy krok po kroku idąc w wyznaczonym przez siebie kierunku. Chciałbym by moje dzieci własnie tym się kierowały – cierpliwością, konsekwencją i wiarą w ewolucję. Rewolucje rzadko niosą ze sobą coś dobrego. Zwłaszcza w codziennym życiu.

Reklamy