Nie znam się, to się wypowiem – wbrew pozorom nie jest to najgorsze, co może nam się przytrafić, bo dużo ludzi żyje z przeświadczeniem, że się zna, no to i się wypowie.

Stąd też mamy fora pełne specjalistów od wychowania, karmienia, szkodliwości telewizji, aborcji, ratowania życia, hodowli zwierząt i ich wpływu na dziecko. Słowem – nie musicie nic wiedzieć, bo świat wie to już za Was. Wygodna opcja, prawda?

Sokrates powiedział kiedyś, że najmądrzejszym jest ten, który wie, czego nie wie. Daleko mi do Sokratesa i wbrew temu, co napisałem wyżej, sam się pewnie nie raz przemądrzałem. Taki urok rodzica. I mój osobisty.

Ten blog miał jednak być odpowiedzią na te wszystkie mądre i merytoryczne blogi, które dają Wam odpowiedzi na każdy nurtujący Wasz temat. Miałem się nie przemądrzać, a jedynie opisywać rzeczywistość, która mnie otacza i pewnie raz udawało mi się to lepiej, a raz gorzej.

Ostatnio gorzej, bo skupiony na pracy, na pomocy Agnieszce z jej firmą, na innych rzeczach  przestałem opisywać rzeczywistość, a to co już opisałem, wydało mi się straszną kupą gówna.

Napisałem, na przykład, o wątpliwościach w kwestii tożsamości narodowej moich dzieci i utraty kontaktu z Polską.

Wyszedł mi z tego taki zakalec, że nawet minister Macierewicz płakał(by), jak(by) czytał.

Był też tekst o ciąży. Łzawy, melancholijny. Nuuudny. Podesłałem go w skróconej wersji do koleżanki ze Szwajcarskiego BlaBliBlu, która planowała tekst o porodach w Szwajcarii.

Miałem też pomysł na tekst o korzyści z bicia dzieci, ale potem zdałem sobie sprawę, że jeszcze ktoś nie zrozumie żartu i mojego konceptu lustrzanego odbicia i na mnie donesie.

Ech, ciężkie życie ojca, moje dzieci właśnie rozpierniczyły słonecznik w kuchni, nie mamy chleba na kolację (a tak bardzo chciałem zjeść przaśną kromkę z serem), a w ogrodzie kot sąsiada nam narobił z dziesięć kup.

Ten wpis nie ma puenty (poza tym, żeby się nie wymądrzać, ale to było na wstępie, więc nie puenta), więc opowiem Wam pewną historię.

Na wesele moje i Agnieszki przygotowaliśmy wszystko, plan był dopięty na ostatni guzik. Z wyjątkiem tańca weselnego. Wiedzieliśmy do czego zatańczymy (Phoenix „Lisztomania”). Nie wiedzieliśmy jak. Ja jestem na dodatek FATALNYM tancerzem.

Stanęliśmy na przeciwko siebie. Zaczęła grać muzyka. Zaczeliśmy tańczyć, improwizując totalnie, patrząc sobie w oczy. Po 60 sekundach piosenki, wciągneliśmy do tańca przyjaciół. W głowie (i oczach) miałem jednak tylko Agnieszkę i nie za bardzo mnie obchodziło, co sobie teraz kto myśli (typu Boże, patrzcie jak on NIE potrafi tańczyć). Była tylko ja, Agnieszka i nasza wspólna improwizacja.

Życie potem mnie nauczyło, że to improwizacja, a nie konsekwentne planowanie potrafi całkiem gładko przechodzić przez różne życiowe perypetie. A najbardziej efektywna jest pod jednym małym warunkiem. Gdy wykonywana jest we dwoje.

Reklamy