Cała moja rodzina ma jedną wspólną pasję: jedzenie. Lubimy jeść, lubimy gotować, lubimy eksperymentować w kuchni, ale nie jesteśmy kulinarnymi snobami – któżby pogardził dobrze zrobionym schabowym albo kaszanką. Ok, moja żona mi właśnie powiedziała, że ona gardzi…

Dzisiejszy wpis poświęciłem więc naszym nawykom żywieniowym, częściowo ukształtowanym w miejscu, w którym przyszło nam mieszkać. W Szwajcarii.

Prolog – co drzewiej bywało

Studia i zupki chińskie zakryjmy zasłoną milczenia. Z Polski zawsze brakowało mi kotletów mielonych i zupy pomidorowej mojej babci. Potrafię gotować i to całkiem nieźle, ale nigdy nie dobiłem do poziomu mojej babci w kwestii tradycyjnej polskiej kuchni. Moje dzieci tej kuchni nigdy nie poznały. Ich świat to kuchnia fusion, zestaw składników i przepisów, ani nie typowo szwajcarskich, ani już nie polskich.

Co jada się w Szwajcarii

Szwajcaria to dość różnorodna mieszanka i różnorodne gusta. Jasne, są te wszystkie roesti, fondue, raclette i Zürcher geschnetzeltes, ale żeby nie wpadać w generalizację, zapytałem kolegów i koleżanki z pracy, co jedzą najczęściej w domu i co im się kojarzy z dzieciństwa.

Pascal l.40, urodzony w górskim kantonie Schwyz odpowiedział, że najlepiej wspomina pieczeń z królika z brązowym sosem w winie, z puree ziemniaczanym i suszoną fasolą strączkową.

Dla Laury z kolei, młodej generacji, nieco ponad 21 lat, ulubionym daniem jest samodzielnie robiona pizza na gotowych spodach do ciast kupowanych w Migros. I frytki.

Inny kolega z kolei podkreślał walory Cordon Bleu. W Schönenwerd jest restauracja, w której możemy zamówić jego bydlęcą odmianę – nazywa się Harakiri, waży to 1,5 kilograma, kosztuje 91 CHF za porcję, ale jeśli zjecie bez pomocy innych, dostaniecie kupon na 91 CHF do wykorzystania w restauracji. Do tego porcja frytek w wersji nielimitowanej. Jeśli zdecydujecie się tam iść, lepiej założcie spodnie dresowe z gumką.

Co się jada u nas w domu

Mimo, że lubimy sobie od czasu do czasu wrzucić raclette na ruszt, a poranną kawę zagryzam od przypadku gipfeli (polska nazwa: kurosant), nasza kuchnia domowa to w dużej mierze wpływy azjatyckie, wymieszane z kuchnia śródziemnomorską i doprawione elementami kuchni szwajcarskiej.

Staramy się jeść świadomie – wybieramy produkty bio, czytamy etykietki, unikamy gotowych dań. Wychodzi bardziej naturalnie, zdrowiej, smaczniej, a i niejednokrotnie – taniej.

Z kuchnią azjatycką w Szwajcarii na ogół nie ma problemu, w Aarau, nieopodal którego mieszkamy, jest mały sklepik, który wyposażony jest w niezbędne składniki. Tu staramy się nie korzystać z gotowych sosów, a w przygotowaniu potraw świadomie unikam sztandarowego składnika potraw kuchni Dalekiego Wschodu – glutaminianu sodu – jego nazwa niespecjalnie zachęca do stosowania, nie mówiąc o wątpliwych „korzyściach” zdrowotnych.

Filip i Zuzia uwielbiają curry i sushi. Pastę curry można zrobić samemu i nie wymaga to wielkiej filozofii. Sushi podobnie – przygotowuje się to umiarkowanie szybko, jest smaczne i zdrowe, choć kaloryczne. Nazajutrz po wieczorze sushi świadomie unikam mojej wagi łazienkowej. Z nią pogadam najwcześniej dzień później.

Kiedyś jedliśmy dużo makaronów, zanim nie odkryliśmy, że mogą powodować pewne negatywne skutki w kwestii naszej garderoby: spodnie, swetry i koszule zaczęły się znacząco kurczyć. Ograniczamy więc makaronowe szaleństwa, ale raz na jakiś czas, jak nikt nie patrzy, robimy ogromną porcję makaronu z własnoręcznie robionym pesto z bazylii i rukoli i kurczakiem. Filip wyjada z reguły sam makaron i warzywa, zostawiając kurczaka na swoim miejscu. Przepis na pesto, podobnie jak na curry, jest banalnie prosty, nie warto wydawać ciężko zarobionych franków czy złotówek na nafaszerowane chemią pesto w słoiczkach.

Awokado – Zuzanna nie lubi, Filip kocha i ostatnio obrócił nawet jedno, wyjadając wnętrze łyżeczką, podczas wizyty w Coopie. Podobnie łosoś – nasze dzieci uwielbiają. W Coopie można kupić surową rybę, takie małe zestawy sashimi. Nie są tanie, bo kosztują około 12 CHF za paczuszkę, ale nasza córka nigdy nie potrafi się im oprzeć. Dziecku jedzenia odmówisz?

W Coopie, na stoisku rybnym, kupujemy też świeżego łososia, którego potem wrzucamy na małego, stołowego grilla. Zamarynowany w sosie sojowym albo teriyaki smakuje rewelacyjnie.

Jakby tego było mało, mój kochany, młodszy braciszek rzucił karierę w korpo i oddał się swojej długoletniej pasji: gotowaniu. A że facet się na tym zna i ma wyobraźnię, czasami oddajemy się naprawdę solidnemu, kulinarnemu rozpasaniu.

Epilog: krótka lista naszych ulubionych przysmaków rodzinnych

Śniadanie

Awokado zamiast masła. Mozarella. Pomidory, dużo pomidorów.  Kabanosy – Zuzia. Kaszanka (ale to jak jesteśmy w Polsce) – Filip i Zuzia. Tuńczyk. Jajecznica (Agnieszka woli mocno ściętą, ja taką rozciapcianą – źle się dobraliśmy pod tym względem).

Lunch

  1. Spaghetti z czosnkiem i oliwą z grillowanym łososiem i parmezanem. Agnieszka dorzuca jeszcze jakieś przyprawy i ziela (legalne).
  2. Ryżotto albo kaszotto z grzybami i parmezanem. Albo mozarellą.
  3. Kotleciki z cukini ze śmietaną. Kotleciki z cukini to takie placki ziemniaczane, po których nie macie wyrzutów sumienia, że je zjedliście, bo tłumaczycie sobie, że to warzywo, a warzywo nie tuczy.

Kolacja

  1. Ser Raclette z grilla z papryczkami chilli. Chili to mój i Agnieszki ulubiony dodatek. Kiedyś raclette jadłem na surowo z chlebem, bo nie wiedziałem, jak to się je. #żenada
  2. Sushi maki z wędzonym łososiem, awokado, ogórkiem i rukolą. Czasami na bogato z kawiorem (8 CHF za słoiczek w Coopie).
  3. Czerwone curry z grzybami, mini kukurydzą, szparagami, cukinią, tofu i owocami morza albo łososiem z grilla. Do tego ryż jaśminowy albo makaron ryżowy.
  4. Grillowane owoce morza: kalmary, krewetki, przegrzebki. Do tego papier ryżowy i warzywa, dużo warzyw.
  5. Spaghetti z mulami i parmezanem. Do tego… chili.

Desery&Przystawki

       1. Lody Ben & Jerry’s Strawberry Cheesecake. Nie ma lepszych. NIE MA.

Patrząc na powyższy jadłospis pomyślicie, że jesteśmy szaleni i kto tak je. Tymczasem składniki do tych dań, nawet w Szwajcarii są stosunkowo tanie. Owoce morza i łosoś wypadają tanio w porównaniu do mięs. A mięs, zwłaszcza czerwonego nie jemy prawie wcale. Sushi to kwestia składników, nie jesteśmy ortodoksami i nic nas nie zraża w kwestii doboru tego, co ma siedzieć w nori (tej mini płachcie z prasowanych alg). A na awokado jest co rusz promocja w Coopie. 2 za 1. Smacznego!

Reklamy