Koniec języka za przewodnika – mówi popularne przysłowie. Co jednak robić, gdy języki zaczynają się mnożyć, a my zachodzimy w głowę, jak działać.

Moja teraz już 4,5 letnia córka Zuzanna w zeszłym roku zaczęła chodzić do dwujęzycznego przedszkola Montessori, właściwie trójjęzycznego, uwzględniając dialekt szwajcarski. Z dialektem spotyka się na co dzień, w sklepie, na placu zabaw, u lekarza. W domu mówimy po polsku.

W teorii to świetna sprawa, dziecko od małego opanowuje praktycznie cztery języki (nadal włączając dialekt szwajcarski).

W praktyce sprawy się jednak komplikują.

Zuzanna mówi świetnie po polsku, zaczęła mówić wcześnie, pielęgnujemy naukę języka polskiego, bo jesteśmy zdania, że bez względu na nasz obecny status lokalizacyjny i małe prawdopodobieństwo powrotu do kraju, nasze dziecko powinno znać język swojego kraju pochodzenia. Pomijając już aspekt skrajnie praktyczny: znajomość języka, którym mówi szacunkowo do 48 milionów osób jest cennym walorem i na pewno przyda jej się w przyszłości, nawet jeśli zostanie w Szwajcarii.

Tu mała anegdota. Moja znajoma urodziła się i wychowała w Szwajcarii, jej rodzice przyjechali tu w latach ’80. Nie przeszkodziło to im nauczyć jej języka na takim poziomie, że niejeden siedzący w kraju rodak mógłby jej pozazdrościć. Teraz polski wykorzystuje także zawodowo. I nie wyklucza to faktu, że po szwajcarsku (w dialekcie, dla czepialskich) mówi płynnie.

Wracając do Zuzanny.  Nasz lekarz rodzinny zawsze powtarzał: uczcie jej języka ojczystego, niemieckiego nauczy się w przedszkolu/szkole.

I tego się trzymaliśmy.

Pojawił się jednak pewien problem. W Montessori Zuzia polubiła zdecydowanie bardziej angielski, z niemieckim i szwajcarskim będąc sporo w tyle. Przedszkole zdecydowało po około pół roku, że od tego momentu Zuzanna ma spędzać więcej czasu ze szwajcarskojęzyczną przedszkolanką (przedszkole zasadniczo ma 4 opiekunki/ów, którzy trzymają się albo angielskiego, albo szwajcarskiego). To poprawiło trochę sytuację, ale nie na tyle, żeby stwierdzić, że nasze dziecko mówi płynnie po szwajcarsku.

Prawdopodobnie to kwestia czasu i intensywności zajęć, dlatego nie wpadamy w panikę. Ja osobiście spodziewam się wyparcia polskiego przez szwajcarski w przyszłości i nadal kładę spory nacisk na naukę i rozmowę po polsku.

Pozostawiam to wszystko bez zdecydowanej odpowiedzi. Obserwujemy rozwój wydarzeń.

W komentarzach napiszcie proszę o swoich doświadczeniach. Myślę, że tu nie ma konkretnej recepty, a dzieci są (uwaga, truizm!) różne. Ale każda opinia to jakiś krok do zrozumienia, co robi się ewentualnie źle, a co robi się dobrze.

Bo perfekcyjni rodzice i perfekcyjne rozwiązania zdarzają się chyba już tylko w filmach.

Reklamy