Pierwotnie miałem bardzo banalny pomysł na listę filmów, które chciałbym pokazać swoim dzieciom. Wynotowałem Goonies, Beethovena, Akademię Pana Kleksa (to akurat już widziały, przynajmniej Zuza), Indiana Jones, Powrót do Przyszłości i… zdałem sobię sprawę, że każdy, nawet mało ogarnięty rodzic zna te filmy i nie znajdzie u mnie nic specjalnie ciekawego. Zresztą, wpisów o tej tematce jest w sieci już sporo.

Postanowiłem więc ugryźć temat inaczej i wynotować filmy, które niekoniecznie pokazałbym swoim dzieciom dziś, ale chciałbym, żeby je dla siebie odkryły za jakieś 10 lat.

No, to jedziemy.

JUNO / Reż. Jason Reitman / 2007

Historia szesnastolatki, która zachodzi w ciążę i decyduje się oddać dziecko. Tak, wiem, brzmi jak Trudne Sprawy. Tyle, że Juno skutecznie ucieka zarówno od banału jak i od śmiertelnej powagi i przede wszystkim nie moralizuje. Można się przy Juno pośmiać, można popłakać, ale żył nie będziecie sobie ciąć z rozpaczy.

Przy okazji, czy sam boję się, że moje dziecko może kiedyś wcześnie zajść w ciążę? W żadnym wypadku, mamy z Zuzanną układ, że pierwszego chłopaka będzie miała w okolicach 35 roku życia.

THE WEDDING SINGER / Reż. Frank Coraci / 1998

Adam Sandler to kiepski aktor, a The Wedding Singer to banalna komedia romantyczna. Kropka.

Teraz zapomnijcie o fabule, zwiększcie tolerancje na Sandlera i dajcie się ponieść latom ’80. Takim, których ja oczywiście nie przeżywałem, ale dokładnie tym, których obraz chciałbym przekazać Filipkowi i Zuzannie – kiczowatym, kolorowym, napakowanym świetnymi, tandetnymi melodiami. Jak kiedyś dopadnie mnie kryzys wieku średniego, kupie sobie Deloreana.

LOST IN TRANSLATION / Reż. Sofia Coppola / 2003

Nie wyobrażam sobie, żebyśmy kiedyś nie pojechali całą rodziną do Japonii. Nie wyobrażam sobie, żeby nie poszły ze mną do japońskiego salonu gier i zaśpiewały „Peace, Love and Understanding” z repertuaru Costello na japońskim karaoke. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dzieci nie uwielbiały Billa Murray. I nie obejrzały tego filmu. Absolutna klasyka.

ABOUT A BOY / Reż. Chris Weitz, Paul Weitz / 2002

Kwestia niedopasowania w szkole spędza sen z powiek niejednemu dzieciakowi. Mam nadzieję, że nie będzie za bardzo dręczyła moich dzieci, ale nigdy nie wiadomo.

Sam w szkole byłem raczej szarą myszą, której czasem się obrywało. I chyba nawet nie miałem lepszego fryzu niż mały bohater About a Boy.

I znów jak w Juno – tematyka poważna – depresja matki, problemy syna oraz wieczny Piotruś Pan na dokładkę. Plus motto przewodnie: nikt nie jest samotną wyspą.

BEETLE JUICE / Reż. Tim Burton / 1988

Kiedy oglądałem Beetle Juice po raz pierwszy, miałem chyba z 12 lat. Obok Ghostbusters moja ulubiona paranormalna komedia.

Bogatszy o doświadczene z disneyowskiego Phanom Manor odczekam parę lat, zanim puszczę ten film Filipowi i Zuzi, żeby nie narażać ich na stres. Ale jak już się oswoją z Beetle Juice, przejdziemy na wyższy etap – Martwe Zło, Martwica Mózgu i Inwazja Porywaczy Ciał.

AMERICAN PIE / Reż. Chris Weitz, Paul Weitz / 1999

Jeśli ktoś się właśnie oburzy, to uprzedzam – Wasze dzieci i tak kiedyś obejrzą prymitywną komedię o seksie, więc czemu nie mają obejrzeć tej najlepszej?

DONNIE DARKO / Reż. Richard Kelly / 2001

Alicja w Krainie Czarów dla Dorosłych. Królik potrafi przerażać do dziś, a cały film jest tak niesamowity, że do dziś mam ciary za każdym razem, gdy go oglądam. Agnieszka – moja żona – za to usypia po pierwszych 15 minutach. Ja za to nigdy nie płakałem na Titanicu.

A Wy jakie filmy pokażecie swoim dzieciom?

Reklamy