Takie pytanie padło na Facebookowym profilu Dużego Formatu i postanowiłem odpowiedzieć. Moja wypowiedź trafiła do reportażu, do którego linka znajdziecie poniżej.

Kto Ma Lepsze Życie – Duży Format

Ja to Jacek, Flądra (dostałem pseudonim od DF)

Czytając zmodyfikowaną wersję mojej oryginalnej wypowiedzi nie mogłem oprzec się wrażeniu, że to dwa zupełnie inne teksty. Dlatego też poniżej znajdziecie oryginał, a w nim odpowiedź na pytanie – kto tak naprawdę ma lepiej…

KTO MA LEPSZE ŻYCIE – JA CZY MOJE DZIECI

Odpowiedź na pytanie czy moje dzieci mają lepiej niż ja pozornie jest prosta. Odruchowo nasuwa się – tak, mają lepiej. Z racji na to, że mieszkamy w Szwajcarii córka chodzi do dwujęzycznego szwajcarskiego przedszkola. Naturalnie oswaja się z trzema językami – angielskim, szwajcarskim dialektem i polskim. Ja urodziłem się w Polsce w latach 80 , naukę języka zacząłem w okolicach podstawówki, ale bardzo dobrze opanowałem go właściwie dopiero po wyjeździe z kraju. I mimo tego, nigdy nie będę mówił na poziomie native speakera. Tego jej zazdroszczę.

W kwestii ubrań czy zabawek jedynym ograniczeniem jest zawartość portfela i pojemności naszego mieszkania. Nie policzę dokładnie ile klocków, misiów i księżniczek mają. Dwa worki wyniosłem ostatnio do piwnicy. Ja z kolei jak dziś pamiętam, jak w wieku 6 lat dostałem na gwiazdkę zestaw Lego – mały traktor. Nie wiem, ile zabawek zapamiętają moje dzieci.

Technologia – córka obsługuje tableta lepiej niż moja mama, syn pewnie niedługo siostrę dogoni, bo już podkrada mi iPhona. Podróże – ja w wakacje łazilem z rodzicami po Tatrach i jadłem pierogi w schronisku, moje dzieci zjeździły samochodem kawał Europy i poleciały na Ibizę, Majorkę i Minorkę. Nie klaskały po lądowaniu, ale były i tak zachwycone. Za to córka polubiła owoce morza, dla mnie owocem morza w dzieciństwie była flądra. Całkiem smaczna. Teraz zastąpiona chyba przez pangę. Dawno nie byłem nad polskim morzem. Ostatnio był też Disneyland. Ale to był raczej pretekst dla mnie by spełnić marzenie z dzieciństwa.

Patrząc z perspektywy materialnej mógłbym powiedzieć, że bardzo im zazdroszczę i tak, mają zdecydowanie łatwiej.

Tyle, że ogrom wyboru jaki dostają na co dzień sprawia, że mniej potrafią się tym cieszyć. A z całą pewnością na pewno krócej niż ja moim traktorem Lego, którym bawiłem się kilka miesięcy bez przerwy.

I nawet jeśli jako rodzic staram się sensownie tłumaczyć im świat i nie rozpieszczać nadmiarem prezentów, to nadmiar bodźców i tego, co współczesny świat oferuje może ich przytłaczać. Trochę poza ich kontrolą jest kwestia jedzenia. W latach 80 wybór był może ograniczony, ale – zabrzmię teraz jak stary dziadziuś – zapach chleba z piekarni opodal bloku pamiętam do dziś. Dziś przestałem praktycznie kupować chleb, albo raczej to co chlebem się nazywa.

Nakłada się na to nasza emigracja, życie z dala od rodziny. Ja miałem przy sobie babcie, dziadków, ciocie, wujków. One na co dzień mają tylko mnie i moja żonę. Szwajcaria jest bardzo poukładana, wszystko ma swoje miejsce i to z pewnością znajduje odbicie w dzieciństwie moich dzieci. Mniej chaosu. Co ma swoje dobre i złe strony. Trochę chaosu jest zawsze korzystne.

Nie powiedziałbym, że wiedziemy nieszczęśliwe życie i rozpaczamy nad naszym losem. Wybór Szwajcarii był świadomym wyborem i jesteśmy tu bardzo szczęśliwi jako rodzina. Tyle, że nasze dzieci nie będa chyba nigdy żyły tak beztrosko jak my kiedyś, ganiający się po bloku, grający w kapsle (próbuję przywrócić tą grę moim dzieciom) i panicznie bojący się zaciąć w windzie. Te akurat w Szwajcarii czasem się zacinają.

Reklamy