Bieganie to – w Szwajcarii podobnie jak i w Polsce – pasja niemal narodowa. Ponieważ zawsze podążam za aktualnymi modami i nie lubię wyróżniać się z tłumu zacząłem i ja. A właściwie zaczynałem.

Kilka lat temu po raz pierwszy. Kupiłem wtedy buty, których używam do dziś. I na tym się skończyło. Założylem je po raz pierwszy w sklepie, potem przeleżały ponad rok w szafie.

Następnie kupiłem spodenki do biegania. Takie a’la rybaczki, obcisłe. Kiedy pierwszy raz je ubrałem, czułem się jak żółw wcisnięty w czepek pływacki. Zniechęcało mnie to do pierwszego planowanego treningu. No, ale w końcu zainstalowałem już Endomondo i przygotowałem playlistę na Spotify. Wystarczyło przebiec kilometr, zrobić selfie i gotowe.

Biegałem przez 3 miesiące. Potem nie mialem na to czasu. Wszystkie poważne poradniki do biegania zgodnie twierdzą, że kwestia znalezienia czasu na bieganie to kwestia umiejętnego planowania dnia. Prawdopodobnie twórcy tych poradników zapomnieli o swoich rodzinach i dzieciach. Nie oceniam!

Kolejny rok i kolejne podejście. Tym razem wytrwałem tylko 4 miesiące. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że bieganie to ogólnie bardzo nudny sport i łatwo się zniechęcić.

W tym roku postanowiłem ugryźć temat inaczej. Zapisałem się na bieg na 10 kilometrów. Ponieważ wydałem na rejestrację parę groszy, a zwrotów nie uwzględniano,ciężko było mi się wycofać. W planach miałem dwumiesięczny trening i pierwszą 10tkę jeszcze przed biegiem, żeby sprawdzić czy w ogóle dam radę. Ostatecznie udawało mi się dobiegać do 7 kilometrów. Potem zaczynały się Fakty TVN i zawsze zawracałem, żeby zdążyć. A po Faktach już mi się nie chciało biegać.

Tuż przed biegiem Hallwilersee znalazłem starą koszulę z Pumatonu – biegu na 5 km, w którym bralem udział 7 lat temu w Mexico City.

Nie zapomnę tego uczucia, gdy wbiegałem na Estadio Olimpico Universitario, krzyczące kibicujące tłumy, podbiega do mnie dziewczyna i podaje odtwarzacz mp3 zgubiony chwilę wcześniej. Tyle wspomnień.

Bieg Hallwilersee ukończyłem z prawdopodobnie jednym z gorszych czasów. Ale ukończyłem.

Teraz już wiecie, że nie jestem wzorcowym biegaczem. Co zrobić, by osiągnąć ten poziom i być słabym w bieganiu? To proste.

Po pierwsze – przez kilka lat zbierajcie sprzęt zanim zaczniecie biegać. To skutecznie opóźni moment nadejścia treningów, które nie ukrywajmy są męczące.

Zacznijcie biegać w najwyższym możliwym tempie. Zapomnijcie o rozgrzewce, rozciąganiu, interwałach. Po drugim treningu będziecie wypluwali płuca i skutecznie się zniechęcicie.

Nie burzcie planu dnia bieganiem. Jeśli postanowiliście iść na piwo – idźcie na piwo. Jeśli znajomy zadzwoni w dniu, w którym planowaliście trening – nie odmawiajcie. Relacje towarzyskie są ważniejsze od samolubnego przebierania nogami.

Wbrew pozorom najtrudniej nie jest zacząć (powyżej sam przyznałem się do kilkukrotnego zaczynania), ale za to najłatwiej jest być niekonsekwentnym. I to jest fajne w bieganiu, brak konswekwencji w najgorszym przypadku sprawi, że nie przebiegniecie zaplanowanych 10 kilometrów. I co? Ktoś Wam coś zrobi?

Zawsze możecie zrobić sobie selfie na linii startowej i wrócić do domu. Kto będzie wiedział, że to jest fake.

Możecie też spróbować pobiegać na serio. I już na starcie możecie być bezproblemowo lepsi ode mnie i nauczyć się na moich błędach.

To jak będzie?

Reklamy