Miałem w planach napisać o zabawie z mojego z dzieciństwa, którą właśnie na nowo odkrywam z Zuzanną – grze w kapsle, ale jakoś tak wyszło, że zostałem z dziećmi w domu. Sam.

Początek nie był zły. Ja pracowałem, Zuzanna bawiła się LEGO z Filipem, zjedli jabłko, a potem Filip zrobił sporej wielkości kupkę. Potrafię coś takiego ogarnąć. Uwierzcie.

Czas sobie płynął i wszystko szło gładko. Mogłem z dumą stwierdzić, jak dobrym jestem tatą. Ale potem objawiło się Prawo Murphyego. Jeśli coś może pójść nie tak, to pójdzie.

Filip szedł w moim kierunku i się uśmiechał. Przytulił mi się do nóg i wtedy… ugryzł mnie. Bolało jak cholera.

Potem była kłótnia z Zuzanną. Nie chciała założyć swojej czerwonej kurteczki:

– Zuzia, załóż proszę, na dworze jest zimno (przypis autora: mimo, że 7 lat mojego życia spędziłem w Krakowie, nigdy nie przestawiłem się na tamtejsze „na pole”).

– Nie, tatuś, nie założę, bo wyglądam w niej brzydko i grubo (?!)

Potem wybuchnęła płaczem, a mnie trafiał jasny szlag, bo mieliśmy jechać z Filipkiem na szczepienie.

Jakoś opanowałem kryzys i zdążyliśmy jakoś na autobus.

Wszystko znowu grało.

U lekarza Filip płakał – jasna sprawa. W sumie niewiele, bardziej pochlipał i przytulił się do mnie, mój dzielny mały bohater. W nagrodę za cierpienie lekarka dała mu małego krokodyla. To też nie było nic nadzwyczajnego dla rodzica, normalna sprawa, prawda?

Wróciliśmy do domu. Zjedliśmy lunch, Filip dostał ode mnie małą czekoladkę – na pocieszenie po męczarniach dnia dzisiejszego.

Potem przez godzinę było zaskakująco cicho. A ja sobie dalej pracowałem.

Później znalazłem to.

Filip's chocolate hands on the wall...
Czekoladowe ręce Filipka na ścianie sypialni.
Reklamy