Na parę dni zostałem sam w domu. Agnieszka i dzieci u rodziny w Polsce, a ja sam sobie sterem i żeglarzem. Co robię w wolnym czasie? Czasami gram.

Jestem pół casualowym graczem, tzn nie gram w Farmville i węża, a bardziej złożone produkcje i mam jako taką orientację w branży, z drugiej strony jestem bardzo selektywny w doborze moich gier. I tak ostatnie lata upłynęły mi praktycznie na trzech tytułach: Dark Souls, Dark Souls 2. A teraz Bloodborne. Gry z pogranicza action RPG, stawiające bardzo wysoko próg wejścia – przekładając na ludzki – żeby w nie grać trzeba wykazać się dużą cierpliwością, bo inaczej Was ch.. strzeli. Są po prostu wymagające.

Jako przygodny gracz spotykam się także ze stereotypami na temat grania. Czas rozwiać te mity.

1. Przeciętny gracz ma 15 lat, ma pryszcze i nie ma dziewczyny.

Własnie dobijam do 34 roku życia, pryszcze to pieśń przeszłości. Do tego mam seksowną i mądrą żonę. Pomiędzy Half Life 2 a Dark Souls (to takie gry) udało mi się nawet spłodzić dzidziusia. Potem drugiego. Do tego lubię swoją pracę, nie narzekam na życie i uprawiam sport. Gry to moje mini hobby, nie dominujące mojego życia, ale umilające je czasami. W końcu, jak to u dużych chłopców bywa, niektórzy mężczyźni tylko marzą o tym, żeby przelecieć smoka i zarżnąć toporem księżniczkę. Ci normalniejsi wolą pograć w gry.

2. Granie rujnuje życie małżeńskie.

Jeśli grasz sam w piątkowy wieczór, zamiast spędzać go z żoną to prawdopodobnie jesteś kretynem. Pomyśl o dwóch padach i jakieś fajnej grze: w Portal 2 można grać w kooperacji, a problemy małżeńskie rozwiązuje idealnie partyjka Mortal Kombat. Jeśli chcesz grać sam, wypraw żonę na babski wieczór. Nie zapomnij o czujniku ruchu i kamerce w jej torebce. Przezorny zawsze ubezpieczony.

3. Grający ojcowie zaniedbują swoje dzieci.

Mam zwyczajowo dwie pory, kiedy sobie pogrywam: wczesnym rankiem w weekendy (od 6 rano i tak nie śpię). Zanim dzieci wstaną mam z 2 godziny. W tym czasie można spokojnie poeksplorować krainę Drangleic w Dark Souls 2. No i oczywiście sytuacje, gdy zostaję sam w domu. Wtedy jednak paradoksalnie wolę robić inne rzeczy, jak choćby pisanie tego bloga, czytanie książek w wannie, albo sprzątanie moich rzeczy (Agnieszka nazywa to przepatrywaniem).

4. Gracze to spasione, leniwe wieprze.

Jestem trochę leniwy to fakt, ale spasiony już nie. Zbilansowana dieta plus regularne treningi biegowe, a także bieganie za Zuzanną po sklepach i Filipem po mieszkaniu wytrenowały mnie na tyle, że mam siłę trzymać pada. Na chipsy i piwo już nie ma miejsca, bo trzeba go obsługiwać dwoma rękami. Same plusy. Zostaje ten wieprz. Tym czasem bywam, zwłaszcza jak jem coś smacznego.

5. Granie to strata czasu i ucieczka przed normalnym, nie wirtualnym życiem.

Spędzanie przed komputerem czy konsolą całego dnia jest tak samo nierozsądne jak spędzanie całego dnia na dworze. Dinozaury spędzały całe dnie na dworze i wyginęły. Książki mogą psuć wzrok, a na rowerze można się wypieprzyć i złamać nogę. W kinie może wybuchnąć pożar, a nad jeziorem można się utopić. Hmm, powoli dochodzę do wniosku, że życie wirtualne jest jednak bezpieczniejsze. Choć może faktycznie nieco bezbarwne.

Pamiętajmy jednak – w życiu najważniejszy jest umiar.

Reklamy